Zimowe wejścia na ośmiotysięczniki należą do bardzo trudnych wyzwań. 

Warunki atmosferyczne nie sprzyjają himalaistom podczas zimowych wypraw. Wiele razy Simone Moro musiał czekać w bazie by móc atakować szczyt. Rodzi się pytanie, skąd taka ogromna determinacja na zimowe wejścia? 

O tym jak narodziła się w nim pasja wysokogórska, a także co ciągnie go zimą przeczytacie w książce „Zew Lodu”.

Otóż mamy jako Polacy duży wkład w podjęciu się wejść zimowych przez Simone Moro. Rozpoczęte wyprawy czy zdobyte szczyty przez Polaków zimą na pewno bardzo wpłynęły na decyzje autora książki, który sam postanowił również zmierzyć się z „niemożliwym”. Wspomina wiele polskich nazwisk w swojej publikacji: Kukuczkę, Wielickiego, Zawadę, Berbekę i wielu innych.

Zew Lodu to osobiste zwierzenia Simone, pisane podczas wypraw. Nie raz w trudnych warunkach, gdzie nie miał zbyt wielu możliwości na zebranie myśli. W książce znajdziecie dokładne opisy z wejść na ośmiotysięczniki i nie tylko. Moro dość dokładnie opisuje każdą chwilę. Momentami miałam wrażenie, że przedstawia mi jako czytelnikowi zbyt wiele szczegółów. Zapewne miał na celu uzmysłowienie jak jest „tam na górze”. Dzięki tym wszystkim opisom mogłam poznać różnorodność odczuwania warunków atmosferycznych, a także w jakie korelacje międzyludzkie można zajść, na kogo możesz w trudnej sytuacji liczyć.

Jak o ludziach mowa to Moro wspomina w wielu sytuacjach i wyprawach swojego przyjaciela Denisa Urubko. Na ich temat jest wiele różnych opinii, o których sam nawet w książce wspomina. Nie mi oceniać ich relację, ale dla zainteresowanych napiszę, że o Urubko jest tu sporo tekstu.

Simone Moro akcentuje też wątek rodziny w książce. Pisze o trudzie bycia ojcem alpinistą, a także partnerem w związku. Kolejny temat budzący u wielu osób wątpliwości. Jednakże Moro dumnie cieszy się z bycia ojcem, a także podkreśla jak ważna jest cierpliwość i zaufanie w takim związku.

O Polakach alpinistach wypowiada się ciepło i z szacunkiem. Widać jak bardzo wiele polskich nazwisk jest dla niego cennych, na kim się wzorował. Chwilami mam wrażenie, że troszkę był zazdrosny (co cały czas neguje), że to Polacy coś rozpoczęli, albo zdobyli zimą kolejny szczyt. Czy była to próba „dogonienia nas” jako narodu? Sam podkreśla, że nie jest to jakiś wyścig, a zdobywa góry sam dla siebie. Ukazuje w książce także wiele ekstremalnych sytuacji, które miał do pokonania. Niewątpliwie zima jest trudnym okresem, jednakże siła jego zaparcia była silniejsza. Moro wybrał sobie za cel zimowe wejścia, które konsekwentnie realizował.

Co mnie mogło troszkę zdziwić? Helikoptery. Sam fakt, że Moro ma do nich dostęp świadczy o zasobie jego portfela. Nie każdą ekipę stać na taki wydatek, jednakże alpinizm XXI wieku dopuszcza tak wiele kombinacji i możliwości, że i helikoptery znalazły się w „sprzęcie”. Dla wielu to kolejny kontrowersyjny temat, nie mam zamiaru polemizować, bo nie na tym polega moja recenzja, ale dało mi to do myślenia …

Widać po Simone, że „złapał bakcyla” na zimę, a jak się już raz spróbuje to ciężko potem zrezygnować.

W wielu opisach znajdziemy szczegóły lub paradoksalnie ogólniki. Podejrzewam, że taka forma pisania ma swój początek w dzienniku, który prowadził Moro i „przelał” większość myśli do książki. Moro to jedno z najgłośniejszych nazwisk w himalaistycznym świecie. Poznacie go bardziej po przeczytaniu książki, jego zainteresowania, potrzeby wejścia na górę zimą a także emocje, które towarzyszyły mu przez wszystkie wyprawy.