Malutka książeczka Beaty Pawlikowskiej dała mi chyba więcej radości niż kolejny przewodnik po Sri Lance, który czytam.

Nie ma tu za wiele sensacji z wyspy, jednakże Pawlikowska opisała to co ją w jakiś sposób zaciekawiło i mimo, że wciąż mi mało to rozbawiła mnie bardzo!

Szczególnie częścią z gastronomią, gdzie jadła tak ostre potrawy o jakich nie śniła. 

Blondynka na Sri Lance to zbiór kilku ważnych dla podróżniczki epizodów, które miała podczas kolejnej ze swoich wypraw. Dowiemy się tu troszkę o historii wyspy. Rozróżnimy nazwy Cejlonu od Sri Lanki, gdzie poprawna polszczyzna wskazuje na jedno, a Pawlikowska nie przejmując się niczym robi drugie – nadając książeczce tytuł niepoprawny polonistycznie. I co z tego?! O to chodzi, pod prąd! Nie musi być zawsze wszystko cacy.

Jakie rodzaje herbaty są na Sri Lance, jak się degustuje napary a także dlaczego są takie mocne przeczytacie właśnie w tej małej książeczce. Ponadto dowiecie się o co chodzi ze Świątynią Zęba, jak wygląda życie słoni na Sri Lance oraz czym są według Pawlikowskiej buddyjskie Cztery Szlachetne Prawdy?

Podróżniczka przyznaje na wyspie jedzenie wszędzie jest ostre i nawet wersja light jest ciężka do przeżycia! Wszędzie spożywa się ryż z czymś. Najczęściej całość przyprawia się curry i ostrymi papryczkami. Nocne spacerowanie na plaży i wsłuchiwanie się w szum Oceanu Indyjskiego, przerażenie gdy widzi się gości z 5-cio gwiazdkowego hotelu czy swoboda podróży – o tym jest ta krótka opowieść ze Sri Lanki.

Beata Pawlikowska pisze jak zwykle swobodnie, na wesoło, po swojemu i tak bardzo ciekawie. Nie ma tu pańci co smakuje owoców morza czy leżakowania na plaży. Jest przygoda, słońce, zatłoczone autobusy, tanie hostele i poznawanie nowych ludzi – nie raz w brudzie, smrodzie i upale. I o to chodzi!

Miło się czytało, jeszcze milej niebawem będzie na Sri Lance wspominać słowa Beaty Pawlikowskiej. Wylot 30 października, trzymajcie kciuki!

fot. https://www.facebook.com/BeataPawlikowska