Lecąc do Bergen wiedziałam, że muszę obie góry zobaczyć i na nich stanąć. Na obie można wjechać kolejką, jednak chciałam przeżyć coś więcej. Czytając o trasach byłam coraz bardziej zaniepokojona. Większość wpisów informowała o złym oznakowaniu między górami, a także trudnościach technicznych. 

No ale od początku 

Bergen to miasto położone w Norwegii. Leży na styku morza Północnego i Norweskiego. To drugie co do wielkości miast w Norwegii. Co ma w sobie tak przyciągającego? 7 gór. Nie są to jakieś patetyczne liczby mierzące nad poziomem morza, ale nadają temu miastu tchnienia natury. Co ciekawe w górach (przykładowo na Fløyen) można spotkać drewniane trolle. Norwegia z nich słynie, ale o tym może innym razem. Poniżej przedstawiam nazwy 7 gór, które otaczają Bergen.

Bez tytułu

Z Urliken na Fløyen – przejście w kwietniu 2016 roku

Góry nie są trudne technicznie, ale nie mogę powiedzieć, że w kwietniu kiedy zalega jeszcze na nich śnieg było łatwo. Z nowo poznaną Tajwanką podjęłyśmy wyzwanie i wybrałyśmy się na trekking po górach Bergen. Z wszystkich wpisów jakie analizowałam na innych blogach wywnioskowałam, że najlepiej będzie jak zrobimy tę właśnie trasę. O samych emocjach zrobię osobny wpis wraz z filmikiem. Tu skupię się na sprawach technicznych.

Wjechałyśmy na Urliken kolejką – nie z wygody, ale obliczając czas wyszło mi, że musimy wyjechać by spokojnie i bezpiecznie z przerwami na jedzenie i robienie zdjęć przejść cały odcinek. Wjazd w przeliczeniu na złotówki kosztował ok. 25 zł. By dostać się pod Urliken należy z centrum miasta autobusem, który ma przystanek praktycznie pod samą kolejką. Koszt biletu autobusowego porównałabym do ok. 8 zł.

Startujemy z Urliken

W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do oznaczeń szlaków. Opisów z czasem a także nazwą miejsca w jakim się znajdujemy, wiemy także ile mniej więcej zajmie nam droga do kolejnego celu. W Bergen oszalałam. Dostałyśmy w sklepiku na Urliken mapkę. Podobno są dwie trasy łatwiejsza i trudniejsza. Uznałyśmy z Tsu, że nie znamy tych gór to pójdziemy łatwiejszą. Każda z nich była słabo oznakowana. Okazało się, że zrobiłyśmy dłuższą trasę – trudniejszą… Znaki były, ale nie dokładne. Pojawiały się bardzo rzadko. Więcej liczyłam na swoją intuicję i szybkie tempo Tsu.

Zanim zrobisz trasę z Urliken na Fløyen:

  • upewnij się, że dopisze Ci podczas wędrówki pogoda,
  • nie idź sam, to naprawdę wymagające góry, szczególnie w okresie gdy może zalegać na nich śnieg (nie raz Tsu podawała mi rękę lub ja jej),
  • miej ze sobą zapas wody, jakieś słodkie batoniki i kanapki,
  • wyposaż się w ubrania tak jak chodzisz po polskich górach, dodatkowo chroń głowę, tam mimo niskich wysokości bardzo wieje,
  • zaopatrz się w mapkę,
  • nie panikuj jak się zgubisz, staraj się co jakiś czas pytać ludzi czy idziesz w dorbym kierunku,
  • nastaw się na piękne widoki, ale także konkretny marsz.

Jaka jest ta trasa?

Technicznie nie jest bardzo trudna. Problem pojawia się gdy przed oczami pojawia się śnieg. W naszym przypadku tak było. Zaliczyłam kilka zjazdów na tyłku ze względów bezpieczeństwa. Bywało, że trzeba było się ciut „powspinać”. Oczywiście to za duże słowo, ale wyobraźcie sobie wzniesienie, które z daleka wygląda jak wypukła forma skalna, po której „chyba da się swobodnie przejść”. Ludzie wyglądają na niej jak kropki. Jak zbliżasz się do celu okazuje się, że stoisz przed pionową formą skalną, na którą trzeba się wdrapać nie tylko nogami, ale także rękami. Dookoła masz błoto i śnieg. Jest ślisko, zimno i miejscami niebezpiecznie. Wieje silny wiatr.

Gdyby nie Tsu, stałabym nie raz na środku tych formacji skalnych i wyła z bezsilności. Co najlepsze, Tsu idąc nie dała po sobie znać, że też jest wystraszona. Jednak na końcówce, gdy powiedziałam jej: „Tsu!!! We finished. Yesterday I have been here. We are heroes!” – Tsu rzuciła mi się w ramiona i pobeczała … mówiąc, że nie i trochę technicznie ale przede wszystkim psychicznie było jej trudno, bo ten śnieg, zimno, niepewne momenty i niebezpieczne przepaście między skałami … i tak beczałyśmy obie w uścisku.

Ktoś może powiedzieć, a co ja tam gadam. Banał! Nie, dla mnie. Nie dla Tsu. Nie do końca świadome doświadczyłyśmy nowych dla nas dróg. Przełamałam wtedy wiele słabości. Chwilami wiedziałam, że nie ma odwrotu. Bo jak zjechałam na tyłku z stromej skały, to raczej się już na nią nie wdrapię. Wyjścia nie mam muszę dojść do Fløyen. A potem było już z górki. Można było skorzystać  z zjazdu kolejką, ale my schodziłyśmy pieszo. Słońce powolutku zachodziło. Drogę już znałam, bo byłam dzień wcześniej na Fløyen, dlatego wiedziałam, ze bezpiecznie zejdziemy krętym asfaltem na dół. Wykończone trafiłyśmy do hostelu, gdzie zjadłyśmy łososia z supermarketu -uwierzcie mi po takiej wyrypie był najlepszy na świecie.

Najważniejsze podsumowania z tego trekkingu:

  • trasa nie jest najtrudniejsza technicznie, ale pamiętaj, że jesteś w górach – zimą uważaj na siebie szczególnie, bo szlak wtedy jest bardziej niebezpieczny,
  • przeszłyśmy całość w 5,5 h (podobno idzie się między 5-7 h). Udało nam się iść sprawnie z przerwami – Tsu narzuciła tempo, to za nią biegłam 🙂
  • szukaj znaków, nie zbaczaj z trasy – pytaj ludzi o drogę,
  • trasa jest malownicza i chwilami byłam bardzo wzruszona, że mogę podziwiać tak piękne widoki,
  • nie wychodź zbyt późno – w Beren co prawda słońce późno zachodzi, ale dla twojego bezpieczeństwa nie szwendaj się po zmroku w górach,
  • jeżeli nie wyrobisz czasowo to wjedź na Urliken lub zjedź z Fløyen.

Trasa jest malownicza i sentymentalna. Byłam zachwycona i wzruszona. I szczęśliwa, że mogłam przeżyć te cudowne chwile z Tsu, która była dla mnie wsparciem, a ja dla niej.