Piękne krajobrazy Islandii zostają stłumione ludzkimi emocjami, które w filmie grają główną rolę. Film „O koniach i ludziach” jest cichym przesłaniem. Mało jest tu dialogu, czy muzyki.

Wydawać by się mogło absurdalnym stwierdzeniem, że to dobry film, a taki właśnie jest. Trudny, nie dla każdego zrozumiały. Wykracza ponad normy, nie pasuje do konkretnego gatunku. 

Na ekranie zobaczycie kilka historii, które mają swoje miejsce na Islandii. Główną rolę i zawsze łącznika w filmie gra koń. Zwierzę jednak jest obojętne na ludzkie uczucia, historie i dramaty, które towarzyszą bohaterom. Koń ma tu symboliczne znaczenie, jest silnym i wytrwałym kompanem, natomiast nie nadaję się do codziennego życia. Bohaterowie wylewają swoje emocje na zwierzę, licząc na wsparcie. Głuche echo ich własnych problemów odbija się i wraca do nich jak bumerang.

Ciekawe przedstawienie ludzkich zachowań, nieustannie towarzyszącej miłości i zazdrość zostały świetnie scharakteryzowane przez reżysera. Tu rządzą emocje. Film wydawać się może melancholijny, gdzie nic się nie dzieje. Gdy wpatrzymy się w emocje bohaterów, poczujemy dokładnie to co oni.

Specyfika łączy się tu z naturą człowieka, który szuka inspiracji i wyciszenia. Koń symbolizuje bliskość i zaufanie. Aktorzy grają po ciuchu, są drugoplanowi w wszystkich scenach. Nie wiem jak reżyser to zrobił, ale właśnie tak było. Mimo gry na pierwszym planie, byli oni jedynie tłem dla swoich emocji.

Trudny, dziwny i specyficzny film.