Przyjeżdżamy do kolejnej miejscowości – Llandudno, położonej w północnej Walii w hrabstwie Conwy. Mimo, że jest tu bardzo ładnie my mamy smutne miny, bo wracamy do Londynu, gdzie będę jeszcze 2 dni i potem wracam do Polski.

Mamy tu nie za dużo czasu, bo w tym samym dniu wracamy. Jednak okazuje się, że spokojnie w 2-3 godzinki przejdziemy się po miejscowości. 

Co ciekawe, gdy wjeżdżaliśmy do Llandundo poczułam się troszkę jak w naszym Sopocie. I ogromne wrażenie zrobiły na mnie oddalone wiatraki na horyzoncie, poruszające się leniwie w rytm słabego wiatru. Wyglądały jakby stały na wodzie, świetny efekt dla oka.

Idąc po okolicy brzegiem morza dojdziemy do ogromnego molo, na którym znajdują się ławki dedykowane zmarłym, którzy byli związani z tą miejscowością. Na ławkach ku czci zmarłych ostawione zostały tabliczki pamiątkowe z dedykacjami dla nich, a także ludzie zostawiają tu kwiaty, maskotki, bransoletki i inne rzeczy związane podejrzewam ze zmarłymi.

Nad promenadą stoi ogromny i wypasiony Grand Hotel. Cała miejscowość jest zachowana w stylu wiktoriańskim. Idąc przez molo czuję się tu trochę przepych i bogactwo hoteli, które zapewne słono kosztują.

Na końcu molo znajdziecie restaurację. Jest w stylu amerykańskim i przeraźliwie głośno gra tu muzyka  z lat 60-tych co nadaje iskry temu miejscu. Po drodze tysiące straganów z wszystkim i niczym.

Dzieci z kolonii swobodnie wygłupiają się na plaży, turyści spacerują po molo i okolicy a my cieszymy oczy ostatnimi widokami. Nie mamy niestety czasu przejechać się tutejszą zabytkową linią tramwajową. Jeszcze z ciekawostek znajduje się tutaj starożytna kopalnia miedzi z epoki brązu, a molo liczy 376 metrów.

Odkrywam tutaj swój raj. Sklep z antykami. Jest tanio! Wyniosłabym wszystko, łącznie z starą szafą za 100 funtów, która krzyczała KUP MNIE! 🙂 Prawie dostałam obsesji, ale musiałam się uspokoić. Kuzyn nie miał lepiej i co lepsze, podobała mu się ta sama szafa. W domu byśmy ją chyba pociachali na pół dla zgody.

Warto usiąść tu w kawiarni niedaleko molo i zjeść czekoladowe ciasto i wypić kawę. Przy okazji obserwowałam jak mewa pożera frytki ze stolika na zewnątrz. Wesoły widok.