To miał być kolejny wyjazd w Beskidy. Miał być Soszów Mały i Soszów Wielki.

Jechałam z dwoma jeszcze osobami, wszystkie chyba zgubiłyśmy przytomność umysłu bo naprawdę żadna z nas w pewnym momencie nie zauważyła znaków i tak się wszystko pokręciło, że wylądowałyśmy w … Czechach! 

Idziemy z mapą. Mamy przecież orientację w miarę i wędrujemy zgodnie ze szlakiem. Na Soszów Mały jakoś poszło, potem Wielki tak samo chociaż już jakąś krętą drogą. W momencie gdy miałyśmy wracać na spokojnie tak nas wyprowadziły szlaki i niestety ludzie, którzy z ogromną pewnością siebie wskazali nam złą drogę, że wylądowałyśmy w kierunku Stożka Małego i Wielkiego. No ale OK. przecież lubimy chodzić to żaden problem, tylko by zdążyć na pociąg …

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że dostałam sms z powiadomieniem: Witamy w Czechach! a spoglądając na zegarek modliłam się by z „tych Czech” dobiec na pociąg w Wiśle.

Widoczki dookoła cudowne. Szczególnie właśnie w drodze na Stożek, gdzie zjadłam w biegu najlepszą w życiu zupę pomidorową jaką musicie koniecznie będąc tam zjeść. Następnie zaczyna się nasz koszmar bo mamy do pociągu niecałe 2 h a tyle samo wskazują znaki na wędrówkę. Lipa! Idziemy zatem ile sił w nogach. Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy się znowu nie zgubiły! W pewnym momencie trafiłam na jakieś chałupy. Miałam do wyboru iść dziwną drogą, która prowadzi raczej nie tam gdzie zmierzam lub iść drogą asfaltową przez ciemny las. Jakimś cudem wśród domków znalazłam człowieka, bo miałam wrażenie, że nikogo nie ma i życie tu wymarło. Facet twierdził, że za 15 min zejdziemy. Znając góralskie poczucie czasu, mówię do dziewczyn, że droga jest ok, ale biegniemy bo nie zdążymy.

I lecimy tym ciemnym lasem w dół, droga nie ma końca. A jak już ma, to okazuje się, że za 1,5 km jest dworzec Wisła Głębce. Nigdy z niego nie wracałam, więc pojęcia nie miałam jak faktycznie daleko jest. Moja intuicja kazała mi zapytać jeszcze jedną osobę o drogę. Pan mówi, tak do Wisły Głębce tędy tak, tak. Pójdziecie z jakieś ponad 30 min!. Dodam, że do pociągu mamy niecałe 20 min. No to bieg. Bieg na ostatni pociąg, gdzie po drodze by dotrzeć na dworzec trzeba ominąć jakieś dziwne konstrukcje i roboty, iść na około i cudem trafić bo nie ma prawie oznaczeń jak na rzekomy dworzec się dostać.

Leje się z nas pot jakby oblano nas wiadrami wody. Pociąg stał. Ufff. Niecałe 3 minuty po naszym wejściu do środka odjechał. Miałyśmy szczęście w nieszczęściu. A na koniec w Pszczynie była taka burza, że spadło drzewo na tory i prawie 2 h czekania. Jak wyszłam z domu po 6 rano tak wróciłam po 24. To był długi i ciężki dzień, mimo pięknych widoków i smacznej zupy.

Do dzisiaj zastanawiamy się nad oznaczeniami szlaków. W pewnym momencie na w okolicach Soszowa i przed nim nie było nic. Przypomnę, że trzy osoby się za szlakiem rozglądały. W drodze powrotnej też zaskoczenie. Niebieski szlak, rozdzielający się na dwa. Kierujący w dwie różne strony, a oglądany na mapie wcale tak nie był rozrysowany i co lepsze wcale się nie rozdzielał i z niczym nie łączył.