Zamknijcie na chwilkę oczy, wyobraźcie sobie Chiny. Co widzicie? Ja podczas takiego zabiegu widziałam uliczny chaos taśmy produkcyjne na masową skalę, feng shui, tysiące skośnookich twarzy i dyscyplinę. A Olka otworzyła mi dopiero oczy jak przeczytałam – Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin. Otworzyła mi je szeroko naciągając powieki do granic możliwości. Chiny to państwo dla ludzi o mocnych nerwach.

My europejczycy jesteśmy jak mała kropka, rzucona na pastwę losu i szału jaki tam panuje. Trzeba mieć grubą skórę, by tam wytrzymać lub co najmniej z biegiem czasu sobie ją wyrabiać. 

W książce poznacie historię Oli, której życie przewróciło się praktycznie do góry nogami – wyjechała do Chin. Miała tam pracować kilka miesięcy. Została na 2,5 roku. Od pierwszej strony podczas czytania Olka wprowadza dobry humor. Nawet nie potrafię pisać Aleksandra, bo to zbyt poważne określenie Olki :). Polubicie ją i tą historię już na samym początku.

Jeżeli ktoś spodziewa się przewodnika po Chinach to od razu mówię – nie tędy droga! Znajdziemy tu osobiste przeżycia autorki wraz z przeplataną jej wiedzą merytoryczną na temat opisywanych miejsc. Książka napisana jest swobodnie. Czułam się czytając, jakby sobie siedziała obok i mówiła mi mając różne miny te wszystkie dziwactwa jakie przeżyła w Chinach.

Laowai – czyli obcokrajowiec. Polka w Chinach = miej nerwy ze stali i nie daj się!. To co sobie czytacie o wielkich miastach chińskich, metropolii, potędze to oczywiście prawda w tych wszystkich przewodnikach. To co jednak przeżyjecie osobiście i jak uderzy was rzeczywistość zostanie wam na długo w pamięci. Na Chiny chyba nie da się przygotować. Teoria owszem ważna, ale praktyka czyni mistrza.

fot. Aleksandra Świstow, blog Pojechana.pl

Dla mnie zaskakująco-przerażające były różne opisane fakty. Chociażby przygotowania do ślubu w Chinach, sikające dzieciaki na środku ulicy, puszczanie bąków bez ograniczeń, rygor przedszkoli, niewygodna odzież czy wiele innych spraw opisanych w tej książce. Ola pozostaje sobą od pierwszej do ostatniej strony. Widać przemianę jaka w niej zaszła podczas pobytu w Chinach. Najbardziej podobała mi się jej autentyczność – nie przeczytasz tu ani słowa o tym jak mimo trudu codzienności Chiny są cudowne i musisz je zwiedzić. Paradoksalnie i przewrotnie troszkę na końcu doczytamy, dlaczego mamy nie jechać do Chin. To nie kraj dla słabych psychicznie, plastikowych marionetek czy niemyślących ludzi. W Chinach myślisz 24 h. Nie ma litości, trzeba być tu wszędzie przytomnym bo zginiesz!

Olka mimo wielu trudnych, dziwnych, śmiesznych i nietypowych sytuacji, gdzie nie raz miała dość przyznaje, że pokochała Chiny. W książce poczytacie o jej codzienności chociażby w Szanghaju czy Hongkongu i wielu innych miejscach. Z dużych miast przenosiła się do miasteczek. Doświadczyła tylu różnych sytuacji. Poznała smaki Chin – cudownie opisane! a także kulturę tego kraju. Nauczyła się podstaw chińskiego – by przetrwać w wielkim mieście. Facebook zamieniła na chiński komunikator. Nie jadła tam chleba, przeżyła ostre smaki. Nie rozumiała tłumaczeń na angielski, bo nie dało się ich zrozumieć. I o reszcie nie napiszę już. Sami przeczytajcie Laowai Olki!