Zdecydowanie film należy do kategorii filmów niezależnych. Tytułowe „Drzewo” będące na co dzień symbolem życia w tym filmie zmienia całkowicie swoją rolę, gdyż owe życie zostaje utracone. 

Kiedy nastoletni Alek doprowadza do tragicznego w konsekwencjach incydentu, obskurancka lokalna społeczność domaga się krwawego zadośćuczynienia. Chłopiec wraz z matką i młodszym bratem chronią się w domu przed grożącym im niebezpieczeństwem. Stopniowo domowa twierdza przekształca się w nieznośne więzienie, przez co ukazana historia współtworzy dyskurs na temat niewoli i odosobnienia. Nieszczęśliwy wypadek staje się przyczynkiem do wiwisekcji świata wartości rodzinnych, determinowanego – niczym w antycznej tragedii – przez nieuchronne fatum. Sonja Prosenc stopniowo odkrywa przed widzem mozaikę skomplikowanych relacji międzyludzkich, inkrustowaną sensualnie uwodzicielską oprawą realizacyjną.

Filmy przeważnie robione są po to by sprzedać widzowi czyjąś historię, która jest „namacalna”. Zdrady, skandale czy ubogie życie obserwowane jest 24 h na dobę i dzięki temu tworzy się inspiracja do filmu.

Sonja Prosenc postanowiła przyciągnąć uwagę widza w inny sposób, choć trudniejszy i bardziej czasochłonny.

„Drzewo” jest filmem dla ludzi cierpliwych. Cisza jest dialogiem. Paradoks symbolu życia kluczem. Ukazana historia skłania do wielu refleksji. Mimo niewielu dialogów i mocnym akcencie muzycznym możemy spokojnie zrozumieć o co chodziło autorce filmu. Trzeba jednak oglądać ze skupieniem całość. W połowie wszelkie pytania jakie się nasuwają, zostają rozmyte…bo nagle znasz już na nie odpowiedź. Przychodzi w nieoczekiwanym momencie i zaczynasz doceniać reżysera, że z ciszy stworzył ciekawy przekaz.

Film specyficzny, chwilami może wydawać się (być) nudnawy. Ma jednak ważny przekaz i co najważniejsze sens.