Wyjazd do Czarnogóry przypadł mi w maju 2014 roku. Długo w mojej pamięci zostanie ta podróż. Jechałam zobaczyć jak to jest jako pilot, by poznać tamte rejony.

Byłam już kiedyś w Chorwacji i Bośni, zatem powiedzmy, że Bałkany nie są mi aż tak obce. Podróż do zakończyła się powodzią w Serbii, gdzie nas cofnięto.

Długa droga do Czarnogóry

Na szczęście w tym wypadku byłam „turystą”, zatem szybko nawiązałam kontakt z Marzeną, która też jechała sama. Od tej pory byłyśmy nierozłączne, bo trafiła mi się w podróży naprawdę bratnia dusza. Sam fakt tylu godzin jazdy mnie przerażał. Przecież 20 h, to dużo. Nawet jak jest się wprawionym, to tyle czasu w gęstym pocie autokaru daje się we znaki na psychice.

Gdy byliśmy w Serbii średnio mili panowie powiedzieli nam, że dalej drogi nie ma. Zalało wszystko i musimy się wracać. No ciekawa perspektywa, jak masz w autokarze 50 osób. Jest zimno, pada deszcz, przepraszam leje i nie masz nawet nic ciepłego do jedzenia, nie masz w sumie gdzie spać i znasz tylko Marzenę, od kilku godzin 🙂

Ekipa z biura podróży szybko wytężyła umysł i zmiana planu, jedziemy do Chorwacji na nocleg. Pomiędzy Serbią, Bośnią a Chorwacją cudem udało się dla skromnych 50 osób odnaleźć nocleg. Hura jesteśmy uratowani! Chorwacja przywitała nas sytą kolacją, wykończeni wszyscy poszli spać z nadzieją, że jutro dojedziemy do Czarnogóry.

Kotor – magiczne miejsce. Co warto zobaczyć w Czarnogórze?

Nowy dzień, nowy dolar – tak mawia mój ojciec 🙂 czyli nowe koncepcje, pomysły i wyzwania. Wsiadamy w autokar, jedziemy, jedziemy, jedziemy … mijamy Dubrovnik z przystankiem na obowiązkowe zdjęcia. W końcu jesteśmy. Dojeżdżamy do Kotoru, miasta zachowanego jeszcze w starożytnym klimacie.

Wysiadam z autokaru i ku mojemu zmęczeniu i zdziwieniu wpadam w zachwyt zjawiska jakie jest przede mną. Ogromna góra, której nie mogę się nadziwić wprawia mnie w oszołomienie. Rozprzestrzenia się na cały krajobraz miasta, jest ogromna, szara i strasznie surowa. Idealnie komponuje się ze starym miastem, które idziemy zwiedzać.

Kotor architektonicznie przypominał mi włoskie San Marino. Miasteczko jest przytulne, malutkie i otoczone przepięknym pasmem gór. Trochę jak w Skandynawii, którą znam niestety na razie tylko ze zdjęć. W każdym razie miejsce urokliwe. Jak to w miejscowości turystycznej ludzi już w maju trochę było. Padło hasło: czas wolny, można tu dobrze zjeść. Z perspektywy obiadu, który miał być za 2 h z Marzeną uznałyśmy, że trzeba coś faktycznie przekąsić, ale nie obiad. Cała wycieczka wpadła do pierwszej lepszej restauracji. My poszłyśmy w głąb uliczek, bo zawsze skrywają ciekawe tajemnice i nie oszukujmy się, znajdziemy tam tańszą przekąskę. Gdy wszyscy jedli i nie mieli pojęcia jak piękne są tu zakamarki, my je właśnie odkrywałyśmy.

Szybka wizyta w Budvie

Po drodze mamy Budvę, no to w tempie expres ją zwiedzamy. Architektonicznie przypominała mi Kotor. Chciaż miała także swój klimat i urok. Szybki spacer, mijamy sklepiki dla turystów. Połowa naszej wycieczki zostawia już w nich wzrok, po to by za chwilę wrócić, kupić byle co i mieć z tego satysfakcję. My omijamy punkt zakupowy, a całą swoją uwagę poświęcamy morzu. Jest wściekłe, wzburzone, jakby złe. Fale uderzają w mury, przy których stoimy, pada deszcz a my zastanawiamy się jak wygląda nasza miejscowość, gdzie mamy nocleg gdyż nazwa Bar skłania do refleksji.

Bar – piękno krajobrazu i ślady komunizmu

Gdy dotarliśmy na miejsce, to dostałyśmy niewielki pokoik z Marzeną. Idealny na nas dwie, które w pokoju tylko spały a tak całymi dniami nas nie było. W czasie wyjazdu była jeszcze jedna wycieczka wspólna do Starego Baru o czym napiszę później. Teraz mamy czas dla siebie – w końcu! i możemy robić co chcemy. Większość naszej wycieczki co robiła ? NIC. Pod tym słowem kryje się jednak wylegiwanie na plaży, była piękna pogoda, więc wszyscy ruszyli na plażę. Wszyscy, oprócz nas. Marzenka jedynie wspominała mi, że też by trochę chciała. Nic nie stało na przeszkodzie, plażę też zaliczyłyśmy. Punktem honorowym było jednak zwiedzenia miasta.

Bar to połączenie pięknej plaży z pozostałościami komunistycznego miasta. Przykre jest, że większość naszej wycieczki tego nie doświadczyła, bo dotarli do plaży. My nie umiałyśmy się nadziwić z kontrastu jaki łączy to miasto. Idziesz wzdłuż wybrzeża, dookoła otaczają Cię piękne góry, morze jest błękitne a promienie słońca ocieplają ci twarz. Czujesz się błogo, nastrojowo i wręcz bajecznie. Krajobraz sprawia, że chce Ci się oddychać. Jest cicho i spokojnie, w oddali stary port. Piękny z nieskończoną liczbą łódek i jachtów. Idziemy go zobaczyć z bliska, bo ciekawość nie pozwala nam na podziwianie z daleka.

Decydujemy się na spacer po mieście. Gdy jesteśmy w centrum obraz niebieskiego morza, spokoju, ciszy i utopii pryska jak mydlana bańka. Stoimy przed szarymi bez życia blokowiskami. Z postkomunistycznym nastrojem idziemy dalej. Przed nami blok na bloku, ogromne, ciężkie smutne konstrukcje otoczone cudowną zielenią, która daje tu trochę życia. Mijają nas smutni ludzie, a dookoła panuje martwa atmosfera. Postanawiamy coś zjeść, pada na pizzę – bo tylko takie lokale są teraz otwarte. Siadamy w knajpce w okolicy, by wczuć się w klimat miasta. Obok nas rodzina z dzieciakami. Widać po nich, że średnio im się wiedzie, ale swoją pizzę dzielą na 4 osoby. Każdy po kawałku, są szczęśliwi. Dzieci są głośne, kopią piłkę i mają na sobie dresowe ubrania. Od dzieci się zaczęło, na dorosłych obserwacjach skończyło. Ludzie są tu ubrani w dresy. Widać po każdym status materialny, widać nie przelewa się. Jednak gdy zaczęłam się przyglądać, Ci ludzie byli weseli, na pozór tylko skrywają swój uśmiech.

Najedzone chcemy coś więcej zobaczyć. Wchodzimy do prawie pustych sklepów. Czujemy stare czasy, Marzena mówi, że jest jak za komuny trochę, nie dosłownie ale wyczuwa to w powietrzu. Ja ze względu na wiek, mogę tego nie pamiętać, ale również czuję się inaczej niż zwykle. Przypadkiem trafiamy na halę targową, w której znajdujemy raj owoców i warzyw. Jest kolorowo i pachnąco, sprzedawcy pozwalają nam kosztować specjałów, a my czujemy się jakbyśmy odkryły coś czego nikt inny nie odkrył.

Stary Bar nocą 

W kolejnym dniu zwiedzamy stary Bar. Przypada nam rozpoczynać wycieczkę popołudniu. To miejsce jest wyjątkowe i klimatyczne. Na początku miejscowości stoi stare oliwkowe drzewo. Podobno jak się przebiegnie kilka razy wokoło niego będzie się miało w życiu szczęście. Ku mojemu zdziwieniu jedna z uroczych Pań zaczęła biec. Mówiła, że bardzo teraz szczęścia potrzebuje, to pobiegła. Drzewko jest ogromne i zadziwiające, że nadal tam stoi. Potem podjechaliśmy pod ruiny miasta. Zaczęliśmy wspinać się coraz wyżej i wyżej, zapadał zmrok i zrobiło się klimatycznie. Gdy weszłam dość wysoko by podziwiać panoramę miasteczka zobaczyłam mnóstwo światełek, pięknie oświetlony meczet i cały krajobraz, który wydał mi się tak bardzo odmienny od mojej codzienności.

Powrót do domu był długi, przecież autokarem nie da się od tak już na szybko. Wspomnień mam całą głowę i kontrastów. Zasmakowałam pysznego jedzenia, piłam mocną rakiję, poznałam Marzenę – niesamowitą kobietę, nacieszyłam oczy górami, wczułam się w klimat Bałkanów. Mimo różnych akcji po drodze, miło wspominam ten wyjazd. Fajna Czarnogóra, doświadczcie jej też kiedyś 🙂