Zdarzyło Wam się zapewne jechać w podróż z nieznajomym? lub znaliście tylko jedną osobę, a reszta była dla Was wielką niewiadomą?

Ja doświadczyłam takiej weekendowej wyprawy do Berlina. Zaczęło się od tego, że jeden ze znajomych rzucił hasło: BERLIN! 

W drodze do …

Natalia powiedziała mi, że kolega wymyślił Berlin i zbiera ludzi. No to ja znałam Natalię, Natalia Sławosza, Sławosz Milenę i Agę, Milena znała Adriana. I w taki oto prosty sposób kupiliśmy bilety na Polskiego Busa i pojechaliśmy w drogę.

Na początku jest zawsze śmiesznie, jakoś tak niezręcznie, w sumie bez sensu. Leci suche „cześć, jestem Kasia…” – a potem jakoś to idzie. U nas integracji  w busie nie było, bo spaliśmy prawie całą drogę, a pomiędzy trzeba było biec przez Warszawę, bo przecież przesiadkę mamy!

Kino plenerowe

Kombinowaliśmy co by tu zrobić w czasie przerwy jaką mieliśmy pomiędzy jednym a drugim busem. Słowem klucz było „za darmo”. I tak za darmo udaliśmy się do najdziwniejszego na świecie kina plenerowego, gdzie czekały na nas zboczone filmy i leżaki! Kto chciał spał, kto chciał oglądał. Czysty raj! Zasiedzieliśmy się i potem był już tylko bieg na autobus.

Apartament w bloku

Pierwszą pseudo- sprzeczkę mieliśmy na stacji metra. Każdy był mądry i niestety wskazywał inny kierunek i przystanek, no ale udało się. Już po drodze salwy śmiechów i chichów. Szukamy noclegu, który okazuje się być blokiem. W bloku mamy apartament czyli zwyczajne mieszkanie, obok sąsiedzi – wspaniali Niemcy – wściekli, że już jesteśmy 🙂 Ciągle krzyczeli RAUS !

Wladimir – mafiozo czy potulny baranek?

Mieszkanie udostępnił nam za rozsądną cenę Rosjanin o imieniu Wladimir. Wyglądał jak członek rosyjskiej mafii i zastanawialiśmy się czy przyjdzie do nas w nocy z siekierą, zabije i okradnie. Na szczęście przeżyliśmy. Ostrzegał nas przed sąsiadami, podobno strasznie upierdliwi byli, przy każdej okazji chętnie dzwonią na policję za zagłuszanie ciszy. Wladimir rozmawiał po niemiecku i rosyjsku. My po angielsku, a z niemieckiego znamy 3 słowa, rosyjskiego 2. Było zabawnie, gdy pytaliśmy się jak odbierze klucze i ciągle mówił nam, że Polki to piękne dziewczyny.

Mapa, miasto i Bąbelek  …

Zastanawiałam się cały czas dlaczego Milena i Adrian mieli takie dobre humory pijąc colę z napisem „Babelek”. Tym cudownym trunkiem nie była cola a mieszanina ich alkoholi, która co godzinę czyniła ich bardziej wesołymi. Gdy tajemnica „Bąbelka” poszła w eter, piliśmy go i produkowaliśmy już wszyscy.

Mapa w naszym przypadku wzbudzała agresję. Wyobraźcie sobie 6 osób, każdego z innym pomysłem i planem. Wszyscy przy jednej mapie, wtedy pomagał nam „Bąbelek”. Najlepiej wychodziło nam to,  gdy mogłam się wykazać kulinarnymi zdolnościami. Moim zadaniem było … podgrzać wrzątek 🙂 Nocne rozmowy przy chińskich zupkach, gorących kubkach i daniach w 5 minut nas do siebie zbliżyły. Odmianą z wrzątku była kawa i herbata. Na mieście w ciągu 3 dni jedliśmy raz. A tak, ciągle „żarcie z tytki”, którego mieliśmy już serdecznie dość. Tytka była na śniadanie, obiad i kolację. A mój jedyny posiłek na mieście – Berliner Wurst – skończył się na natychmiastowych kilkunastu wizytach w WC. Myślałam, że umrę i przeklinałam na głos chińskie zupki, berlińskie wuszty i cały świat.

Berlin nocą…

nas zaskoczył.

Wychodzimy, umyci i wypachnieni na nocne wojaże. Kombinujemy z piwkiem w plenerze by gdzieś tajniacko wypić, a tu całe gromady młodych ludzi wylegiwały na trawie popijając browary. W powietrzu unosił się zapach marichuany, a my byliśmy w szoku. W Berlinie można spożywać alkohol publicznie! No to zgodnie z tym co robili inni, usiedliśmy na murku przed rzeką. W około nas było mnóstwo ludzi pijących. I tak przegadaliśmy pół nocy nad rzeką.

Powrót do domu

Był całkiem inny, niż dojazd do. Mentalnie byliśmy już ekipą, teamem. Śmialiśmy się na każdym kroku i tysiące tematów było jeszcze do przegadania. Wyjazdy zbliżają ludzi, czasem także dzielą. Jeżeli trafi się na odpowiednie osoby, to może to być niezapomniana podróż. Nasza szóstka miło wspomina ten wyjazd. Mój urlop kończył się o północy w niedzielę. Musieliśmy się w Poznaniu rozdzielić. Część jechała do Katowic przez Warszawę, część przez Poznań.

I tak jak sardynka wracałam w tym śmierdzącym przedziale z Poznania, wysiadłam w Bytomiu. Pojechałam do domu na prysznic oraz śniadanie i pojechałam do pracy 🙂 Prosto z Berlina musiałam wpaść w codzienny rytm.