Miałam okazję być w tym kosmicznie długim w nazwie miasteczku, którego nie jestem w stanie wypowiedzieć. To ciekawe miejsce znajduje się na wyspie Anglesey, w północno – zachodniej Walii.

W sumie naczytałam się, że takie coś istnieje, mieliśmy to prawie po drodze jak zmierzaliśmy nad jeziora, to mówimy czemu nie?

Całość nazwy miasteczka składa się z 58 liter. Jest to najdłuższa nazwa administracyjna zarejestrowana w Wielkiej Brytanii. W tłumaczeniu z  walijskiego oznacza: Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod Czerwoną pieczarą przy kościele św. Tysilia.

Dla ułatwienia nazwę skraca się do: Llanfairpwll lub Llanfair P. G. Nazwa powstała w XIX wieku i miała być z założenia atrakcją turystyczną – i jest! – a także wyróżnieniem od innych miejscowości.

Ze względu na skomplikowanie nazwy przyjeżdżają tu tłumy turystów. Mamy okazję tego doświadczyć, gdyż wysiadamy z samochodu i mijają nas tłumy z autokarów, które kolejno parkują obok siebie. Serce miasta a zarazem jedyną atrakcję stanowi centrum handlowe, które musi nieźle na turystach zarabiać. Nie widziałam nikogo, kto wyszedłby z pustymi rękami.

Handel o tyle kwitnie, że można tu sobie przybić pieczątkę z nazwą miejscowości i kupić dosłownie wszystko, co ową nazwę posiada. Breloczek, koszulkę, kubek, naklejkę, talerzyki, długopisy i tak dalej …

No to kupuję naklejkę na moją ścianę (kto nie wie, to wyjaśniam – w domu naklejam na ścianę pocztówki i różne zdjęcia, czy wycinki właśnie na ścianie).

Poza centrum handlowym nie ma tu nic. Satysfakcjonujące jednak jest bycie tutaj. Zerknięcie na stację kolejową gdzie napis z nazwą miejscowości przeraża. Ciekawe, jak zapowiadany jest pociąg 🙂 i wiecie co, potem ogląda się np. Makłowicza w telewizji, on też tu był i czuje się tak fajnie, że w sumie nic się tu nie zobaczyło, ale się było 🙂