Z Walii udajemy się w dalszą podróż nad jeziora. Anglia serwuje nam piękne krajobrazy poza zieloną Walią w postaci cudownych jezior. Jedziemy krętymi serpentynami, drogi są wąskie, śliskie i niebezpieczne. Rzadko jednak mijają nas samochody, o ludziach nie wspomnę.

Jest magicznie i mglisto. Nie mamy Internetu, nie wiemy chwilami jak jechać bo GPS nie działa, nie mamy zasięgu w telefonach. Zastanawiamy się czy będziemy mieli co jeść, bo w okolicy jeden marny sklepik i prawie zero gastronomii. 

Hostel do jakiego trafiamy jest zbudowany i działa na zasadach schroniska dla młodzieży. Pokoje są wieloosobowe, ale mamy dla naszej 3ki – 8kę. Możemy wybrać sobie łóżko i spać codziennie gdzie indziej :). Łazienki na korytarzu dostosowane do zbiorowego mycia. Jola i Tomek mówią, że czują się jak na koloniach. Ja czuję się wyśmienicie. Mogliby odciąć jeszcze prąd – nie ma sprawy.

Okolica była tak bajeczna, że nie miało dla mnie nic znaczenia. Jedynie chciałam nacieszyć oczy zielenią, jeziorami. Uszy spokojem i pokładać sobie w głowie to wszystko, co mi się ostatnio bardzo rozsypało.

Noce są tu długo jasne. Idziemy z Jolą na spacer. Jest 22:30, mija nas jeden człowiek i jest tak bardzo jasno, jakby była godzina 18.00. Powietrze jest rześkie i czuć w okolicy las. Mogłybyśmy tak chodzić tu do rana.

Na ulicach cisza. Czasem idzie baran i trzeba go poprosić gdy jedzie się samochodem by sobie poszedł, bo cwaniaki nauczone szwędania gdzie popadnie.

Średnio wiemy co tu zwiedzić bo na Internecie za wiele informacji nie ma, w przewodniku nic nie znalazłam oprócz tego, ze istnieje taka cudowna kraina jak Lake District. Jedziemy przed siebie na następny dzień i łapiemy zasięg. Doczytujemy, że warto jechać do Keswick. Do jakiego zabiorę Was w następnym wpisie 🙂