Naszym kolejnym punktem (całkiem przypadkowym na mapie) jest Whitehaven. Nie ma tu praktycznie nikogo. Idziemy się przejść do latarni morskiej, a następnie po opustoszałym miasteczku.

Okolica jest bardzo przyjemna. To tu zapada decyzja, że wracamy do Walii po kolejnym noclegu, bo jest nam mało, bo nam się spodobała, bo moglibyśmy najlepiej w niej zostać 🙂

Dość szybko przechodzimy kolorowymi uliczkami miasteczka. Szukamy jakiejś restauracji by coś zjeść, ale ostatecznie nie udaje nam się i lądujemy w Mc Donald’s, który jest ostatecznością. Stety niestety, ale z głodem nie wygramy. Mamy jednak rekompensatę w widokach na okolicę a także chwilę potem jedziemy wzdłuż wybrzeża. Piękne morze irlandzkie odbija ostatnie promienie słońca z dzisiejszego dnia.

Tomek postanawia zrobić nam wizualną niespodziankę i wywozi samochodem, gdzieś w głąb traw i w sumie niczego. Śmiejemy się, że za chwilę targnie na nasze życie. To co widzimy wprawia nas w zachwyt. Podziwiamy piękną panoramę miasteczka, wybrzeża i hektarów zieleni. Jest tak pięknie, że zaczynam wchodzić w fazę marzeń. Oddycham chłodnym powietrzem i staram się nie myśleć, że za kilka dni wracamy do Londynu. Podziwiamy tak dobre kilkanaście minut okolicę i nie chce nam się wracać. Widać całe Whitehaven i znów jesteśmy w kolejnej bajce. Powinnam to podzielić na odcinki 🙂

Dodam, że gdy wracamy widoki zapierają nam także dech w piersi. Nie byłam nigdy w Nowej Zelandii, ale takie mam skojarzenia. Jedziemy samochodem i głowa nam się obraca w każdą stronę. Biedny Tomek nie może się za bardzo rozpraszać bo prowadzi, a ja całkowicie się wyłączyłam. Zieleń wmurowała mnie w stan angielskiej hibernacji. Jak jeszcze kilka dni temu miałam dość życia, tak teraz jestem gotowa na nowe wyzwania.