Muszę przyznać, że na książki Ani zawsze czekam. Na rynku mamy wysyp wielu wspaniałości podróżniczych, które uginają się na półkach księgarni. Książki Ani są prawdziwymi perełkami. „Indonezja. Po drugiej stronie raju” to dowód na to, że Ania rozwinęła bardzo mocno swoje skrzydła. Nie tylko pod względem miejsca jakie odwiedziła, ale sposobu w jaki przekazuje czytelnikowi historię. 

Zacznę od tego, że tak się wkręciłam w każdą stronę  tej opowieści, że „sama odbyłam” podróż do Indonezji – podróż sentymentalną, wirtualną, która dzięki Ani była tak autentyczna, że chwilami miałam wrażenie, że naprawdę siedzę obok niej i słucham. Tak mijały mi wieczory z książką.

Żyjemy w biegu. Gonitwie. Sama ciągle podczas czytania byłam to tu, to tam. Ale z tą książką zamykałam się w Indonezji na cztery spusty. Właściwie czekałam na te wieczory, by móc czytać dalej, poznawać kolejne historie, zaznawać tych wszystkich ciekawostek i uciekać do tej dziwnej ale pięknej Indonezji, do Ani i jej historii.

Jak zaczęłam czytać o piątej płci, to właściwie lekko nie umiałam uwierzyć w to co czytam. Wydawało mi się to tak abstrakcyjne, że aż nierealne. Natomiast Ania z ogromną precyzją dawkowała w książce informacje o piątej płci, która mnie z jednej strony przeraża a z drugiej zachwyca.

Gdy czytałam o ludziach rybach – nazywanych Bajo to miałam wrażenie, że ja nie żyję na tym samym świecie, że to wszystko się dzieje obok. A może to jakaś bajka? W wirze pracy jaki miałam, wieczorne czytanie sprawiało mi ogromną frajdę. Czekałam na te wieczory cały dzień, a chwilami gdy byłam dalej i dalej w książce, to zaczynałam się smucić, że ta historia będzie miała jakiś koniec, a mi tak cudownie mija czas z czytaniem o Indonezji.

17554145_1396917970369012_4786526634524632140_n

fot. Fan Page Anny Jaklewicz (autor zdjęcia Magda Sri)

Indonezja to nie tylko piękne, rajskie krajobrazy. Tu islam miesza się z wyznawaniem szamana i nikogo to nie razi w oczy. Im dalej czytam tym bardziej nie potrafię wyjść z podziwu, że oprócz genialnych wstawek o kulturze, religii i obyczajach Ania potrafi opisać w jakiś taki trójwymiarowy sposób chociażby opady deszczu, które tak samo jak bohaterce zostają mi na długo w pamięci.

Patrząc na życie Indonezyjczyków z perspektywy europejczyka to mam wrażenie, że czytam o jakiejś fikcji. Że to nie dzieje się naprawdę. To zupełnie inny świat. Ania pełni rolę obserwatora. Jest bardzo wnikliwa i ciekawa życia codziennego, które stara się przeżywać jak miejscowi. Nie marudzi, nie grymasi. A nawet jak jest niebezpiecznie to pakuje się w te wszystkie sytuacje, by tylko poznać, doświadczyć, przeżyć na własnej skórze to co ją tam czeka.

W wielu różnych sytuacjach Ania jest cały czas sobą. Nie gwiazdorzy, nie robi nic za wszelką cenę. Nie ma zamiaru nikomu imponować. Przyznaje się do błędów i z pokorą uczy od miejscowych. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie czytając o jej wielu przygodach.

Okazuje się, że życie w Indonezji nie należy do najłatwiejszych. Ludzie z wiosek i ludzie ryby w pewnej miejscowości dzielą się na dwa różne światy. Czytanie o tym było tak ciekawe, że z trudem odkładałam książkę, jak trzeba było iść spać. Czy wiesz, że rybom dla połowu podaje się tam cyjanek potasu, który jest powszechne dostępny?

Temat śmierci w Indonezji i rytuał pochówku a także przygotowań do niego jest dla mnie przerażający. Ania z niesamowitą dokładnością opisuje nam wszystko po kolei, a ja nadal nie wierzę, że żyję na tym samym świecie.

Już sama prezentacja Ani na jednym z jej pokazów mnie przeraziła w temacie pojmowania śmierci w Indonezji, ale w tej książce macie wszystko opisane czarno na białym. Z jednej strony kieruje mną ciekawość a z drugiej przerażenie. Pod koniec książki przeczytasz jeszcze o ludziach lasu i naprawdę przestaniesz wierzyć, że to ten sam świat co Twój – a różni cię od tych ludzi po prostu szerokość geograficzna i to, że do ciebie dotarła już nowoczesność, a oni żyją dalej prymitywnie. I mimo, że tu szaman na duże wpływy, a o tabletce przeciwbólowej nikt nie słyszał to ci ludzie tutaj są bardzo szczęśliwi. Odczułam, że samej Ani było bardzo smutno i trudno pożegnać się z Indonezją, która stała się na tamten czas jej małym domem, gdzie zdobyła ufność tak wielu osób, gdzie w rzeczywistości osiągnięcie takiego stanu jest wręcz niemożliwe.

Ostatnia strona rozczuliła mnie ogromnie. Łzy same popłynęły po policzku. W tych kilku zdaniach tak bardzo rozumiałam co czuła Ania, a przy okazji zobaczyłam w nich trochę siebie, choć nasze sposoby podróżowania są całkiem inne to mianownik jest ten sam, dlatego tak bardzo trafiły do mnie słowa Ani na samym końcu książki.

Czytanie o Indonezji sprawiło, że wiele się od Ani nauczyłam. Poznałam dokładniej kulturę i obyczaje. Cudowną przygodą było przeżywanie z bohaterką jej sytuacji, które opisała w książce. Uważam, że Ania mimo swej ogromnej skromności zasługuje na wielkie wyróżnienie.

Dziękuję Aniu za Indonezję. Za Twoje emocje. Za to, że odbyłam strona po stronie tę podróż razem z Tobą. Jesteś wielka!