Muszę przyznać, że książka dostarczyła mi wielu emocji. Od śmiania się na głos, po zaskoczenie.

Pojawienie się książki Bieleckiego na rynku jest ciekawym doświadczeniem dla odbiorcy. Do tej pory mieliśmy możliwość czytania książek wielkich himalaistów, którzy doświadczali Himalajów i Karakorum w latach 70-tych i 80-tych. Bielecki to nowe spojrzenie, młode pokolenie, powiew czegoś innego.

Czytanie wywarło na mnie ogrom emocji. Szczególnie na początku śmiałam się (nie raz na głos) ze zadań jakie serwował Adam, bo opisał je bardzo wesoło. Nikt nie miał łatwych początków, dotyczy to także Bieleckiego. Musiał się wiele napracować na pierwsze „wyprawy”, gdzie trudno nazwać nawet dobrym sprzętem czy ubiorem to co ze sobą zabierał. Opisywał komiczne sytuacje jakich doświadczył w pracy w chociażby Londynie, gdzie dorabiał na wyjazdy. Tu Bielecki jest bezpretensjonalny i kreuje się na ogromnego kawalarza, co mi się bardzo podobało.

Potem było już nieco gorzej. Wszyscy dobrze wiemy, że świat wspinania to ciężki kawał chleba. Wyścig, rywalizacja, walka o szczyt. Nie ma co ukrywać, Adam bardzo szczegółowo opisuje relacje ze swoimi partnerami od wspinaczki. Pytanie tylko czy na początku rozwoju swojej himalajskiej kariery powinien być tak pewny siebie? Być może i tak, ale jako odbiorcy źle mi się czytało, że podważał zdanie osób, które moim zdaniem powinny stanowić autorytety. Widać definitywnie, że z wieloma się nie zgadzał, uważając, że to on ma rację. Nawet autorytet może się pomylić, nikt nie jest ideałem, ale bardzo mosiężnie wbija Bielecki swoje „ja” w wyrażanie własnych opinii wobec innych – bardziej doświadczonych.

Zastanawiam się czy faktycznie tak jest jak napisał Bielecki w książce o Januszu Gołębiu, gdy zastanawiał się nad partnerem na K2: „Potrzebowałem tylko partnera. Wydawało mi się, że Janusza Gołąba ten cały himalaizm nie kręci. Pod Gaszerbrumem I mówił, że to niewiele więcej, niż dreptanie w śniegu i, że jak ktoś nie umie się wspinać, to chodzi po Himalajach. Poza tym, nie sądziłem, że chciałby wejść na K2 drogą normalną”.

Poczułam się nieco zmieszana, gdyż dla Janusza jak i dla każdego wspinacza góry to całe ich życie i wątpię by miał takie myślenie na ich temat. Zastanawiam się także czy Artur Hajzer był faktycznie takim hipochondrykiem, osobą, która ma dziwne pomysły i nie zawsze ma rację? Czy faktycznie Krzysztof Wielicki to taki krzykacz, siejący terror. Tak to odebrałam w książce,  że Wielicki drze się na innych, czasem rozmawia. Czy faktycznie nasza polska reprezentacja jest w stosunkach międzyludzkich taka trudna? że lepiej dogaduje się z członkami załogi zza granicy? Takie dowody w książce przedstawia Adam chociażby przy wejściu na Kandzendzonę z Denisem Urubko czy przy ataku na Nagę Parbat, gdzie lepiej mu się dogadywało z ludźmi spoza kraju.

Czy faktycznie trzeba było pisać w książce w rozdziale o Nanga Parbat, że wszyscy się tam nawzajem obgadywali? Adam Bielecki wyciąga wszystko na wierzch, pisze czarno na białym. Pytanie czy taka forma przekazu jest dobra? Miałam wiele mieszanych emocji podczas czytania. Od zafascynowania, radości po uczucie złości i zniesmaczenia.

Muszę przyznać, że książka – mimo moich różnych emocji – jest bardzo dobrze napisana i wciąga. Jak czytałam o sytuacjach zagrażających życiu Adama to byłam bardzo przerażona i zastanawiałam się skąd bierze się u niego tyle energii na kolejne wyzwania. Ta książka to taka forma spowiedzi, ale nie przed samym sobą a dla wszystkich czytelników. Adam opowiada swoje wspinaczkowe życie, chroni prywatność i przytacza naprawdę niewiele informacji, ale za to przytacza te najważniejsze, bez wchodzenia w szczegóły. To mi się podoba, że ma dystans i potrafi oddzielić pasję od prywatności i tego ze sobą nie miesza.

Bielecki wciąga wiele faktów, trudnych sytuacji. Miałam wiele pytań w głowie, czy jest faktycznie jak on napisał czy ktoś inny z opisanej wyprawy będzie miał inne zdanie na ten temat. Tego się nie dowiem, najlepiej jakbym uczestniczyła w wydarzeniu, wtedy można się wypowiedzieć. Każdy ma prawo do wyrażania swojego zdania. Adam Bielecki leci w książce po bandzie, nie patyczkuje się i pisze co myśli. Nie raz to dość mocne słowa. Zastanawiałam się czy on jednak chce być najlepszy. Przeczy temu w książce, a z drugiej strony trochę bierze udział w wyścigu o góry. Tak to odebrałam jako czytelnik, ale czy jest tak naprawdę?

Książka „Spod zamarzniętych powiek” na pewno da czytelnikowi ogromną dawkę emocji. Dużo tu także wiedzy Adama o górach. W swoich wielu historiach przeplata istotne informacje, których przeciętny Kowalski może nie wiedzieć o górach – bo skąd? Przecież się nie wspina. Podoba mi się, że książka jest dla każdego, nie ma tu nadzwyczaj trudnych wspinaczkowych wyrażeń. I jest spojrzenie mężczyzny z kolejnego pokolenia wspinaczy. Było to dla mnie istotne podczas czytania, gdyż interesuję się tematyką polskiego himalaizmu zarówno „starych wyjadaczy” jak i nowicjuszy. Są pewne rzeczy, których bym w książce nie poruszała lub przemilczała. Pewne kwestie mi się nie podobały. Inne zachwycały, zastanawiały i wprawiały w salwy śmiechu. Tak to jednak jest z odbiorem książki, każdy ma inne podejście i przemyślenia. Ciekawa jestem jak Wam poszło z tą książką? Jak ktoś czytał, dajcie znać w komentarzu.