Gdy leciałam do Gruzji w głowie miałam mnóstwo wyobrażeń o tym kraju. Zastanawiałam się jak to będzie gdy zestawie to co mam w głowie z rzeczywistością. Pierwszym takim starciem było podejście do klasztoru Cminda Sameba w Kazbegi. Naczytałam się na wielu blogach o trasach, o podejściu i wiele pomogła mi także w uzmysłowieniu sobie jak tam jest blogerka Magda Konik, która można rzec mieszka już na stałe w Gruzji – przynajmniej na razie, ale raczej na dłużej. 

Cminda Sameba czyli Święta Trójca – to prawosławny klasztor, położony niedaleko gruzińskiej wioski Gereti. Pod klasztorem znajduje się także miasteczko Kazbegi, ale to stara nazwa. Teraz miasteczko nazywa się Stepancminda. Kościół położony jest na wysokości 2170 m n.p.m. Co najważniejsze, nad klasztorem góruje szczyt Kazbek – marzenie wielu górołazów.

20161005_125852.jpg

Z Kutaisi do Kazbegi 

Gdy przyleciałyśmy z Natalią do Gruzji to naszym pierwszym celem było miasteczko Kazbegi. W Kutaisi złapałyśmy marszrutkę do Tbilisi, a stamtąd kolejną do Kazbegi. Miałyśmy okazję nocować w gruzińskim domu, zajadać się lokalnymi specjałami przygotowanymi przez gospodynię i poczuć prawdziwe górskie świeże powietrze. Kazbegi to malutkie miasteczko, dobrze zorganizowane turystycznie. W centrum znajduje się informacja turystyczna, gdzie możecie zapisać się na wiele ciekawych wycieczek w dobrej cenie. Dodatkowo miejscowi dbają o turystów proponując im transport nawet pod sam klasztor.

20161005_175732.jpg

Wycieczka z Kazbegi na Cminda Sameba (2170 m n.p.m)

Nie darowałabym sobie, gdybyśmy tam nie weszły na własnych nogach. Najgorsze były dla mnie wyobrażenia o tym wejściu. Czy jest strom? czy dam radę? czy droga jest trudna? czy będą przeszkody? no i jak w ogóle to wygląda. Poczytałam trochę, ale i tak nie pomogło mi to się uporać z pytaniami jakie plątały się po mojej głowie. Najgorsze, że miałyśmy z Natalią napięty program i mało czasu – nie było zatem chwili by dokładnie analizować wszystko po kolei, postanowiłyśmy po prostu iść i zobaczyć.

Wstajemy rano, wcześnie dość. Z okna widać Kazbek. Na niebie prawie nie ma chmur, a jesienna słoneczna pogoda sprawia, że mimo prawie mrozu (taki był ran odczuwalny) wychodzimy na wycieczkę pełne optymizmu i nadziei na osiągnięcie celu.

Zgodnie ze wskazówkami, idziemy w kierunku wioski Gereti. Mijamy most i za nim skręcamy w lewo, ku wiosce. Idziemy między domami, mijamy straż pożarną i idziemy wzdłuż drogi. Gdy jesteśmy już w wiosce, to w tym momencie mamy pierwszą styczność z życiem wiejskim w Gruzji. Domy są ubogie, obdrapane, ale nie wszystkie. Krowy chodzą swobodnie po ulicy, dzieciaki biegają z brudnymi nogami w klapkach a każdy kto nas mija uśmiecha się do nas od ucha do ucha i pozdrawia. I taka właśnie jest Gruzja. Może to nie kraj milionerów, ale to właśnie zwykli prości ludzie są serdeczni i zawsze szeroko uśmiechnięci.

20161005_173151.jpg

20161005_114746.jpg

20161005_111659.jpg

20161005_110833.jpg

Zaopatrzyłyśmy się w jedzenie i wodę w lokalnym sklepie jeszcze na dole, by nie paść z wycieńczenia. Jakby nie było przed nami wiele godzin marszu, no i jesteśmy w górach.

Ze względu na to, że nie miałyśmy czasu na wybór i kombinacje różnych dróg plus nowy teren był dla nas terenem kompletnie nieznanym szłyśmy intuicyjnie przed siebie. Okazało się, że wybrałyśmy trasę, którą jeżdżą jeepy – czyli non stop wdychałyśmy rozpylony kurz, bo samochody niestety jechały często. Postanowiłyśmy iść dalej, bo nie znamy trasy a dookoła niby są odbijające szlaki, ale gdzie nas zaprowadzą pojęcia nie mamy. Wolałyśmy się pomęczyć „tradycyjną trasą” ale przynajmniej wiedziałyśmy, że dojdziemy do naszego celu. Nie pamiętam już ile zajęło nam wejście na górę w wioski, czy 2- czy 3 godziny. Coś w ten deseń. Całe byłyśmy skurzone i wyglądałyśmy komicznie, ale nasze zacięcie było silniejsze i szłyśmy cały czas dzielnie pod górę.

Podejście nie jest trudne, ale jest kilka górek takich konkretniejszych. Koniecznie miejsce ze sobą jedzenie, coś słodkiego w razie spadku cukru we krwi oraz dużo wody do picia.

Gdy tak szłyśmy to podziwiałyśmy po drodze Kazbek. Im wyżej, tym piękniej. Przyroda po drodze pozwalała na chwilę zapomnienia. Oderwałam się od biura i miasta. Kolory jesieni pozwalają na rozbujanie wyobraźni i zmysł wzroku szaleje w tych barwach.

Ostatnie metry dzielną nas od klasztoru. Gdy pojawia się on naszym oczom, czuję wzruszenie. Tak bardzo cieszę się, że w tak ładny dzień udaje nam się zdobyć szczyt. Nagle okazuje się, że stoję przed najpopularniejszym widokiem z pocztówek gruzińskich. Patrzę na klasztor Cminda Sameba a z tyłu rozpościera się widok na majestatyczny Kazbek.

20161005_132158.jpg

20161005_131527.jpg

20161005_161647.jpg

20161005_132000.jpg

20161005_122919.jpg

Siadamy na polanie by coś zjeść i nacieszyć oczy widokami. Podeszłyśmy pod klasztor i zwiedziłyśmy całą jego okolicę. Następnie wiedziałyśmy, że mamy mało czasu ale podeszłyśmy jeszcze troszkę wyżej – tak jak prowadzi droga na lodowiec. Ze względu na brak czasu nie mogłyśmy przejść całej trasy, ale chciałyśmy być ciut bliżej wielkiej góry a przy okazji zobaczyć z góry klasztor Cminda Sameba.

Im wyżej, tym wzruszałam się bardziej. W około widać piękne skaliste góry, patrzysz w dół a tam tysiące małych kropek  to domki wioski Geteti i miasteczka Kazbegi.

20161005_150739.jpg

20161005_145917.jpg

20161005_145936.jpg

20161005_173053.jpg

W drodze powrotnej poszłyśmy szlakiem za klasztorem. Potem trafiłyśmy znowu na główną drogę, ale przynajmniej jakąś część szłyśmy inaczej. Co najlepsze, tych dróg na Cminda Sameba jest podobno 7! Aż nie chciało mi się wierzyć, ale to prawda. Niestety czas nie pozwolił na ich testowanie, bo kolejnego dnia trzeba było ruszać dalej w drogę.

Wycieczkę proponuję rozpocząć wcześnie rano by dojść do klasztoru a może i jeszcze dalej.

20161005_184549.jpg